poniedziałek, 25 stycznia 2016

When you are sick, you go on photo session !

Hej wszystkim ! 

Ostatnio, po tych wszystkich, zimowych sesjach, troszkę się przeziębiłam. Czego się dla bloga nie robi :) Nie chciałam odpuścić zaplanowanej sesji, dlatego też zdecydowałam się zrobić ją w domu. Było ciepło, wygodnie - idealnie !
Odwiedziła mnie Monika ♥ - moja druga fotografka. Wypiłyśmy razem herbatkę na rozgrzanie i wykonałyśmy kilka zdjęć. Myślałam, że efekt będzie gorszy, ale nie wyszło źle. Wolałabym zdjęcia na śniegu ... 
Z powodu ogólnego osłabienia, nie mam ochoty rozpisywać się na pół strony, chociaż tematów w głowie mam pełno. Sesja wykonana jest w luźnym, domowym klimacie, dlatego też temat nie będzie ciężki.

Pierwszy tydzień ferii bardzo szybko mi zleciał. Nocowałam u koleżanki, byłam na łyżwach, nagrywałam dwa filmy na potrzeby szkolnej telewizji (zajęło mi to dwa dni), oglądałam kilka filmów, porobiłam kilka DIY, które niedługo zobaczycie, spotykałam się z przyjaciółmi, odwiedziłam ciucholand, a w wolnym czasie wykonywałam sesje. Czas przeleciał mi za szybko i nie miałam czasu na nudę. Śmiało mogę stwierdzić, iż miałam go za mało, ale to już u mnie normalne. 24 godziny to dla mnie za mało .... 
Wczoraj przyjechał mój tata, ale tylko na jeden dzień. Mój brat jest w trakcie remontu pokoju. 

Wiecie czym jest anime ? Ja długo nie miałam bladego pojęcia "z czym to się je". Na szczęście, mam koleżankę, która bardzo dobrze jest obeznana w tym temacie. Jakieś dwa lata temu wytłumaczyła mi na czym to polega i czym jest. Wiem na pewno, iż manga to książki z obrazkami (tudzież komiksy?), które czyta się, chyba od tylu, a anime to bajka/kreskówka z tych rysunków, najczęściej na podstawie książki. Jeżeli źle mowie, poprawcie mnie, gdyż mogę się mylić. W każdym razie, moja koleżanka przekonywała mnie do oglądnięcia takiej anime. Oglądnęłam ... Rok temu przekonałam się i moim pierwszym anime było "Vampire knight". To była prawdziwa miłość ... Uwielbiam tematykę wampirów i miłości, więc bajeczka idealnie mi przypasowała. Bardzo długo nie mogłam znaleźć czegoś bardzo podobnego. Czegoś, co podobałoby mi się równie mocno. Próbowałam z "Karin" (miłośnicy, znawcy tych klimatów, będą wiedzieli, o co chodzi) - totalnie nie to, potem było "Diabolik Lovers" - świetne, ale bardzo krótkie, a szkoda. Wszystko inne było kolejnym niewypałem. Co jakiś czas oglądam sobie od nowa "Vampire knight", ale to może się znudzić już po pewnym czasie. Dwa dni temu, przeglądając "youtuba" weszłam sobie na filmik pewnego zagranicznego autora, który recenzował owe anime. Spodobał mi się zwiastun jednej z nich. "Wyguglowałam" tytuł i ... eureka ! Podobna kreska i tematyka ! Wiecie, że tematyka opiera się na wampirach i miłości, a reszty nie będę wam opowiadać. Zakochałam się i ... idę oglądać ! 

Anime: Strike the Blood - polecam ! :)



Ten tydzień nie będzie dla mnie już taki luźny. Czas spełnić dane sobie słowo i przygotowywać się do egzaminu gimnazjalnego. Tydzień to tak mało czasu ...










T-shirt|Vinted - OsobisteUpominki.pl|   Tennis skirt|E-bay|    High-socks|Hurtownia rajstop|  Choker|E-bay|


Sesja typowo w moim stylu. Chwilami słodka, potem poważniejsza. Miałam na sobie t-shirt, w którym się zakochałam ! Kupiłam go od vintedzianki - uwierz. Sprzedaje i tworzy na zamówienie przepiękne koszulki, w cenie 30 zł - mega tanio ! To nie jedyna koszulka, którą mam od niej. Mogę polecić z czystym sumieniem :) Spódniczkę - tennis skirt, kupiłam na e-bay'u. Była bardzo tania, bo płaciłam za nią 25 zł, a przesyłka była darmowa. Jest trochę krótka, ale taki już urok tego typu. Jest bardzo dobrze wykonana pomimo, iż jest to podróbka.

Jak wy spędziliście pierwszy tydzień ferii (jeśli jesteście w ich trakcie) ? Oglądacie anime ? Możecie polecić mi jakieś dobre, w preferowanym przeze mnie temacie ?

niedziela, 24 stycznia 2016

Jak najdalej od - ANOREKSJI !

Jeżeli nie jesteś gotowa/gotowy na mocno emocjonalny, długi i ciężki post, to lepiej wyjdź. 

Nie ukrywam, że ta notka przywołuje trudne wspomnienia, które pragnę wymazać (w każdym razie nie wspominać) z mojej pamięci. Pisanie jej, jest dla mnie trudne. Pewnie większość z was zdążyła przeczytać o moim radykalnym schudnięciu z postu o "100 faktach o mnie", więc czas abyście poznali też "mroczną" stronę mojej "diety".

Tak naprawdę, mimo pytań znajomych typu: "Jezu, Wera jak schudłaś ? Jaką miałaś motywację ? Opisz mi swoją dietę !" - albo nie odpowiadałam albo zmyślałam bzdury. Nikt nie znał prawdy, aż do teraz. Blog jest dla mnie czymś w rodzaju pamiętnika, gdzie mogę wylać swoje emocje. Poprawia mi humor !

Przechodząc do tematu: moje odchudzanie zaczęło się 1 stycznia 2014 roku. Po świątecznym "wpierdalanku" (przepraszam za słowo) na całego, weszłam na wagę i ujrzałam na ekranie cyferkę 69 kg - załamałam się... Myślę, że wtedy zaczął się u mnie wiek, kiedy zaczęłam zwracać uwagę na takie kobiece bzdury, jak makijaż czy waga. W każdym razie, postanowiłam się odchudzać. 
Z początku objęłam strategie - każdego dnia o 100 kalorii mniej. Założyłam zeszyt i wszystko zapisywałam - co do joty. Dużą rolę w tym odegrała stronka, myślę znana większości z was : "ilewazy.pl". Naprawdę fajna sprawa dla wielu odchudzających się. Można przeliczać sobie ilość na kalorie. 
W pierwszych dniach odchudzania spożywałam około 1500 do 2000 kcal. Jadłam trochę słodyczy, było normalnie. Ważyłam się codziennie o godzinie 19:00. Wagę zapisywałam pod podsumowaniem kalorycznym danego dnia. 
Zauważając szybkie efekty, (w tydzień spadek wagi około 1 kg) zaangażowałam się jeszcze bardziej. Przestałam pić soki - piłam tylko wodę, w bardzo dużych ilościach - by zapchać żołądek i nie czuć głodu. Na słodycze pozwalałam sobie tylko raz w tygodniu (pół kostki czekolady gorzkiej). Byłam do tego stopnia zaangażowana, że nie mogłam oblizać łyżki po dżemie, czy po czekoladzie.

Przestałam słodzić herbatę, a przerzuciłam się na zieloną (wspomaga odchudzanie i pracę jelit - idealnie). 
Kiedy widziałam dalsze i coraz lepsze efekty, zrezygnowałam z dzienniczka, ale zawsze sprawdzałam kaloryczność danego produktu i zapamiętywałam wszystko, co zjadłam. Taki dzienniczek był niepraktyczny (wypisywanie zajmowało czas i często o tym zapominałam), a mi nie chciało się wszystkiego zapisywać. Zrezygnowałam ze śniadania, ale na szczęście, moja mama powstrzymała mnie (po krótkim czasie) i zmusiła do jedzenia go. Jadłam więc, dokładnie 3 łyżki chrupek musli bez cukru z otrębami i szklanką mleka 2,00%. Do szkoły chciałam brać tylko jabłko, zamiast 4 kromek chleba i batona, jak kiedyś. Na szczęście, moja mama znów interweniowała - robiła mi dwie kromki. Kiedy byłam w szkole, ona nie widziała, co robię, wiec albo chleb wyrzucałam, albo rozdawałam po koleżankach. Obiadu w szkole jadłam znikome porcje - wyrzekłam się ziemniaków. Po szkole piłam tylko zieloną herbatę, a na kolacje jadłam dwie kromki chleba bez masła. Chleb był oczywiście specjalny na odchudzanie. Dawniej, na kolacje jadłam około 5 kromek białego chleba. Czasami, latem, zamiennie piłam kefir 0% z małą garścią orzechów (mamie mówiłam, że jest ich dużo). Zeszłam do 300 kcal dziennie.
W pierwszym miesiącu odchudzania nie było dużej różnicy i wszystkim wydawało się, że jest normalnie - nie było. Przyszły cieplejsze dni i zaczęłam ćwiczyć - ostro. Jeździłam na rolkach 2,5 godziny, aż zaczynało mi się kręcić w głowie ze zmęczenia. Kilka razy biegałam, ale nie przypadło mi to do gustu. W domu katowałam się na przemian "Chodakowską - skalpel"  i "MelB - pięć minut na płaski brzuch". Ledwo po tym żyłam, ale nie zjadłam nic po ciężkim treningu. 
Po dwóch miesiącach tej "katorgi", zbyt szybkie efekty odchudzania zostały zauważone przez otoczenie. Pierwszym donosicielem została moja pani od plastyki, którą uważałam za przyjaciela. Ona też całe życie się odchudzała i czasami potrafiłyśmy przegadać całą przerwę. Jak się później okazało, gadała o tym wszystkim w pokoju nauczycielskim - tam to wszystkich obgadują, normalka. Drugim donosicielem stała się znienawidzona koleżanka, która powiedziała wychowawczyni, iż rozdaje chleb innym. Pewnego dnia, przyszła po mnie pedagog. Wzięła mnie do gabinetu, a że nigdy nie miałam jakiś problemów w szkole, to był mój pierwszy raz. Zaczęła wypytywać mnie - co jem, czemu tak szybko chudnę, itp. Osoby wpadające w anoreksje, mają bardzo kruchą psychikę. Przez to wszystko, bardzo się popłakałam i nie mogłam się opanować. Wychowawczyni wysyłała do mojej mamy numery psychologów, a ja wmawiałam jej, że wszystko jest już dobrze i nie trzeba nigdzie ze mną iść.
Moja mama była bardzo zaniepokojona. Przeżyłyśmy przez to wiele kłótni - wszystkie o jedzenie (kiedy teraz o tym myślę, to było takie żałosne, żeby kłócić się o zwykle jedzenie). Przynosiła mi słodycze, żebym jadła, ale ja chowałam je po szafkach. Kontrolowała to, co jem. Kazała kontrolować szkole, co jem na obiadach. Wszyscy mnie obserwowali. Wtedy ich za to nienawidziłam. Mama zakazała mi ćwiczeń, ale ja musiałam je wykonywać ...
Kiedy moja waga spadła z 69 kg do 43 kg zrobiło się poważnie. Cały czas powtarzałam mamie, że jem już "normalnie", ale były to tylko głupie kłamstwa. Potrafiłam ważyć się 3 razy dziennie. Jeżeli zjadłam coś "zakazanego" (oblizałam dżem z noża, jeden więcej kawałek chleba, mały żelek, itp.) nie jadłam nic innego przez dłuższy czas w ramach kary. Nosiłam za duże ubrania, ale potem mama kupiła mi kilka par spodni. Ciągle się kłóciłyśmy, a ja płakałam. Moja psychika była bardzo słaba, czasem czułam jakbym miała się rozlecieć na kawałki. 
Pewnego dnia wybrałyśmy się z mamą na kontrolę do reumatologa - mam zapalenie stawów. Pani doktor od razu zauważyła zmianę. Osłuchała mnie i sprawdziła puls - nigdy przedtem tego nie robiła. Spojrzała na mnie i spytała o wagę. Odpowiedziałam, że ważę chyba ze 47 kg. Skrzywiła się i kazała mi stanąć na wadze. Pokazała ona 43,5 kg. Mojej mamie zaszkliły się oczy ... Lekarka powiedziała, że mam bardzo słaby puls, jakbym miała zaraz umrzeć. Wtedy bardzo się wystraszyłam. Pamiętam, że wizyta była na godzinę 18:00, a ja kolacje jadłam nie później niż 18:00, więc wzięłam chleb ze sobą (psychiczne to było...).
Po tej wizycie miałam znów kłótnie w domu. Był kolejny, niepotrzebny płacz i okropna atmosfera w domu. 
Ja sama czułam, że nie jest ze mną dobrze. Miewałam zawroty głowy, mroczki przed oczami, podkrążone oczy, jakby senne. Przede wszystkim, było mi bardzo zimno. Wszędzie ! Przez co, chodziłam spać o 19:00, a wstawałam już o godzinie 5:50. 

Było mi zimno, gdyż mój organizm nie miał energii z pokarmów, by produkować ciepło. Przez to, że nie miał energii, byłam senna.
 Przez to, że byłam głodna budziłam się bardzo wcześnie. 

Wszystkie koleżanki pytały mnie o motywację, siłę, dietę. Kłamałam, aby przyjąć, że moja dieta była na pozór bardzo zdrowa. Mówiłam, że spożywałam 5 posiłków dziennie, zdrowo ćwiczyłam ... Teraz, wszystkie te, które tak mi zazdrościły mogą przeczytać, jak cienka jest linia pomiędzy odchudzaniem a anoreksją. 

Chcecie wiedzieć jaki jest finał tego wszystkiego ?

Z początku anoreksji wyciągnęła mnie mama. Zadziała szybko i zaciągnęła mnie do ginekologa, bo przez zbyt niską wagę mój organizm uznał, że znów jestem dzieckiem i przestałam miesiączkować. Przez to zrobił mi się guzek na jajniku, ale to już jako powikłanie od tej całej sprawy. Bałam się lekarzy, którzy ciągle mnie ważyli i gadali o innych anorektyczkach. Nazywali mnie tak - nie chciałam tego. To wszystko siedziało w psychice - chciałam zjeść cokolwiek kalorycznego, ale nie mogłam, bo wiedziałam, że stanę się gruba. Efekt jojo, bycie grubaską - to chodziło mi po głowie. 
Kiedy ważyłam "swoje kilogramy", często słyszałam od ludzi: "Nie, bo jesteś za gruba", a od rodziny: "Wciągnij brzuszek, bo jesteś dziewczynką, nie powinnaś być taka gruba, uważaj na kilogramy". Nie chce zwalać na nikogo winy, ale oni także przyczynili się do tego, co się stało.
Na komputerze miałam pełno obrazków symbolizujących odchudzanie. Znalazłam kilka w archiwum:
















Te obrazki były dla mnie niczym dekalog. Często chwaliłam się nimi koleżankom, co było serio żałosne. 

Najgorsze było to, że przestałam widzieć, że jestem już chuda, więc chciałam być jeszcze bardziej...
Dojść do siebie pomogły mi poznane w tym okresie przyjaciółki. Często powtarzały mi, że bardzo chuda dziewczyna nie jest atrakcyjna, a wręcz obleśna. Jak wiadomo, każda dziewczyna chce być atrakcyjna, dlatego motywowało mnie to. Powoli zaczęłam stawiać sobie mniej restrykcyjne zasady. Postanowiłam się "ogarnąć" i żeby zaznaczyć kolejny, lepszy etap mojego życia, ścięłam włosy, by rosły razem z nową mną. Musiał minąć rok, by cała sprawa o mnie ucichła. Przytyłam 5 kg i mój organizm oraz życie wróciło do normy. Nadal uważam na to, co jem, ale nie mam diety i jem wszystko, na co najdzie mnie apetyt. Chciałabym właśnie, szczególnie podziękować moim przyjaciółką, które wmawiały mi, że chude jest obrzydliwe, mamie, która zareagowała i znienawidzonej wtedy koleżanki i pani plastyczki, które na mnie doniosły. Bez tych osób nie uświadomiłabym sobie, co stało się ze mną i moją psychiką. 




Dziękuje jeżeli przeczytałaś/ przeczytałeś ten post w całości, a nie tylko napisałeś w komentarzu: "Świetny post" i podlinkowałeś swojego bloga. To, co tu napisałam, jest dla mnie ważne i jest ciężkim okresem mojego życiaponieważ pierwszego stycznia 2016 roku, minęły już dwa lata odkąd zaczęła się moja chora dieta. 

Tak naprawdę nie musiałabym udostępniać tych zdjęć, bo nie są one piękne i "wgl. wstyd, weź wyjdź". Chce je pokazać na przestrogę - osobą, które są głęboko w anoreksji, osobą, które może dopiero wpadają w sidła tej okropnej choroby i wreszcie osobą, które zamiarują się odchudzać. Róbcie to z głową, chociaż ja też myślałam, iż postępuje dobrze. W każdym razie, nie wpadnijcie w wir odchudzania i nie doprowadźcie się do takiego stanu... 


Jeżeli szukacie więcej informacji na ten temat, to zapraszam was do licznych artykułów Mateusza Bielakowskiego: KLIK!
(AKTUALIZACJA)


Zapraszam do pozostałych postów:







sobota, 23 stycznia 2016

Dzień nad wyraz wyjątkowy ...

Wczorajszy dzień był wyjątkowy i nikt mi nie wmówi, że nie ! 
21 stycznia - Dzień Babci ♥

Moje babcie, bo dziadków już niestety nie mam, są dla mnie najważniejsze na świecie. Kocham je obie tak samo, chociaż bardzo się od siebie różnią. Babcie to najukochańsze istoty na świecie ! 

Pierwsza, babcia Krystyna, zawsze opiekowała się mną pod nieobecność rodziców. Śpiewała mi piękne piosenki na dobranoc i uczyła rymowanek. Zawsze czuło się do mnie odzywała i głaskała po główce. Miałyśmy swoje ulubione zabawy, takie jak "Tom i Jerry", gdzie ja byłam Jerry, a babcia Tomem. Jako myszka chowałam się pod stołem i wyjadałam ser z talerzyka, ale musiałam uważać, by "Tom" mnie nie złapał. Pamiętam też zabawę w "Stadninę koni". To ja byłam koniem wystawowym, pokazującym swoje wdzięki, a moja babcia sędzią i zapowiadaczem występów oraz imienia konia: "Teraz przed wami wystąpi Pegaz!". Uwielbiałam u niej spać. Mama opowiadała mi, że czasami zdarzało się, iż nie chciałam wyjść od babci, a do mamy krzyczałam: "Idz głupia, zostaję z babcią!". Teraz ma już 76 lat i kiedy na nią patrze, robi mi się smutno. Z rozbieganej kobiety, zrobiła się z niej słaba staruszka. Kiedy tylko myślę, że mogła by ... łzy ciekną mi po policzkach. Nawet pisząc to teraz, wyczuwam cisnące się do oczu łzy. Najgorsze, kiedy podchodzi do mnie i mówi: "Niedługo umrę, a ty odziedziczysz wszystko, co mam". Nienawidzę tego i krzyczę na nią: "Nie umrzesz, będziesz jeszcze długo żyła babciu. Nie gadaj bzdur!".




Druga babcia, Janina, była zawsze trochę oddalona i wiecznie zabiegana. Przychodziłam do niej, kiedy pierwsza babcia była chora, lub nie mogła się mną zająć. U babci Janki było zupełnie inaczej. Nie cackała się ze mną, jak pierwsza. Czułam się trochę, jak samodzielna, dorosła dziewczyna. Zawsze dostawałam szmatki, nitkę, igłę i naparstek. Babcia krzątała się w kuchni i gotowała (cóż, miłość do tego została jej do dziś), a ja uczyłam się szyć. Byłam coraz lepsza. Robiłam czapeczki, ubranka dla moich zabawkowych zwierzątek... Jestem jej wdzięczna za to, że mnie tego nauczyła. Pamiętam jeszcze, jak cieszyłam się, kiedy zrobiła mi naleśniki. W jej wydaniu były najlepsze. W dodatku, na każdym rysowała wesołą buźkę z czekolady ! Po tym, jakże cudownym posiłku, dostawałam małe zabaweczki, siadałam na dywan i bawiąc się, słuchałam opowieści babci. Siedziała na swoim wielkim fotelu, popijała kawę i opowiadała: "Jak to się żyło na wsi, co ona tam robiła, itp." Kochałam te opowieści, zawsze mnie fascynowały, z resztą jest tak do dziś. Na szczęście, babcia Janka "na śmierć" się jeszcze nie szykuje, bo jest pełną energii i wigoru 65 - latkom.


Wczoraj był ten szczególny dzień, by za te wszystkie wspomnienia im podziękować i spędzić razem czas. Razem z mamą i bratem odwiedziliśmy babcie Krysię, a babcia Janka już u niej była. Zjedliśmy wspólnie ... pizze ! Potem babcia zaserwowała pyszne ciasto i kawę. Pogadaliśmy i pośmieliśmy się. Obydwie bacie dostały słodki podarunek i kwiatki - symbolicznie ♥ Ciesze się, że jest taki dzień w roku i bacie mogą się wtedy poczuć wyjątkowe ! 




Moja babcia uwielbia chomikować ! Jej dom to prawdziwa skarbnica małych duperelków i innych, zabytkowych przedmiotów. Przy okazji odwiedzin porobiłam im kilka zdjęć:











Większość babć jest bardzo religijna. Moja też, ale na szczęście nie przesadza. Tutaj macie zdjęcie obrazujące właśnie, jak jest to ważne w jej życiu. Na kolejnych, też ujrzycie takie oznaki:
















To winogrono zrobiłam babci mając 8 lat :)

Moja babcia ma nawet aniołka, którego dostał każdy gość na mojej pierwszej Komunii Świętej !





Pogoda była naprawdę piękna ! Rześka, mroźna zima. O godzinie 17 zaczęło pięknie zachodzić słonce ♥


Torcik wykonany przez babcie Jankę - "Czekoladowy jerzyk". Pyszności ! 


Moja mama kupiła babeczki :)





Na koniec, moje najnowsze odkrycie ! Babcia, jak babcia - zawsze lubi poczęstować czymś "na osłodę życia". Zaproponowała mnie i mojemu bratu, landrynkę. Kiedy ją posmakowałam - sama nie wiem, co napisać. NIGDY JESZCZE NIE CZUŁAM TAKIEGO SMAKU ! Landrynka obtoczona w cukrze pudrze, o bardzo intensywnym smaku leśnych owoców. Planuję zakup tych cudeniekprzez internet lub zadzwonię do  wujka, który kupił je dla babci w prezencie. Cavendish & Harvey - jest to stara i co za tym idzie, słynna, niemiecka firma. Za takie opakowanie zapłacicie około 7,90 zł. Jak dla mnie, dość dużo. Pomimo wszystko - warto ! Podsyłam wam link do landrynek o smaku ... maślanym ! KLIK  
Smakowaliście ich już ? 



Dzień babci to naprawdę wspaniałe święto. Same jego bohaterki skrywają wiele tajemnic, których zapewne jeszcze nie odkryliście... 
Zdjęcia przerabiałam w większości winietą, gdyż uważam, że ten efekt świetnie wpasowuje się w klimat notki. 

Jak wy spędziliście wczorajsze święto ? Co kupiłyście babcią ? Czekam na wasze odpowiedzi :)

Werss


Zapraszam na pozostałe posty:


Szablon stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.